30.1.11

Inglot- my love (part 2)

O tym,  że uwielbiam Inglota już pisałam. Dziś chciałabym powiedzieć coś więcej o podkładzie, który kupiłam całkiem nie dawno i o którym pisałam już kilka słów tutaj .


Dla przypomnienia jest to podkład- AMC cream fundation w kolorze MW 102 (30ml).

Na zdjęciach tego nie widać, ale podkład zawiera mikroskopijne drobinki, które są praktycznie nie widoczne po nałożeniu- dają za to bardzo ładne wrażenie rozświetlenia cery.
Na początku bałam się trochę, że podkład będzie bardzo kryjący i będzie dawał efekt maski.
Na szczęście myliłam się!
Podkład bardzo dobrze wtapia się w skórę twarzy, tak że jest praktycznie niezauważalny. A o to mi właśnie chodziło! Małe drobinki w nim zawarte powodują, że nasza skóra wygląda zdrowo i promiennie (ale bez błyszczenia- gołym okiem malutkie drobinki są widoczne tylko w opakowaniu).
Opakowanie posiada bardzo wygodną pompkę, która ułatwia dozowanie.
Na co należy zwrócić uwagę, to to, że podkład nie matuje. Jeśli więc poszukujecie podkładu matującego, ten zapewne nie spełni waszych oczekiwań.
Ja jestem z zakupu bardzo zadowolona, zwłaszcza, że kupiłam go w promocyjnej cenie 23zł.

Chciałabym także wspomnieć, o pozostałych produktach, których używam do makijażu twarzy. A są to:


Sypki puder w odcieniu nr 14 (posiadam także odcień nr 15):


To mój pierwszy sypki puder, jaki miałam okazję używać. Posiadam go od dobrego roku i myślę, że wystarczy go jeszcze na kilka miesięcy. Tak więc jest on bardzo wydajny (opakowanie zawiera 30g pudru). Niestety, jako że jest to mój pierwszy sypki puder, nie mam porównania z innymi. Co mogę z czystym sumieniem o nim powiedzieć to to, że bardzo dobrze matuje, długo utrzymuje się na skórze, dobrze współgra z podkładem i nie zatyka porów. Jedyną wadą posiada, jest to, że troszkę ciemnieje na twarzy.

Z Inglota posiadam także róż w kremie. Kupiłam go pod wpływem chwili, pani w Inglocie dobrała odcień różu do mojej cery- nr 91. Aplikuje się go bardzo przyjemnie, choć wymaga to trochę wprawy (ja używam do tego palców;).  Daje bardzo naturalny, długo utrzymujący się efekt.  Pomimo niewielkiego opakowania (5,5g) róż jest bardzo wydajny- ja swoje opakowanie posiadam od roku i zużycie jest takie jak widać na zdjęciu:


 Mimo wszystkich jego zalet, jestem chyba jednak tradycjonalistką i wolę róże w kamieniu, które mogę nakładać swoim skośnym pędzelkiem;)


PS. Mimo, że miałam już nie kupować żadnych kosmetyków w styczniu, w ramach nagrody za zdane egzaminy i zakończoną sesję zaopatrzyłam się w kolejny cień Inglota i pustą kasetkę bez przegródek;) To już jest zdecydowanie nałóg!

 Miło mi także poinformować, że mój blog posiada już ponad 50 obserwatorów (zaczynając go prowadzić nie liczyłam, że ktoś w ogóle tu wpadnie). Mam nadzieję, że będzie was więcej i więcej:) A tymczasem ja zaczęłam zbieranie nagród do GIVEAWAY'a, który pojawi się już wkrótce ;)

5 komentarzy:

  1. kurcze, a ja jeszcze nie mam żadnej rzeczy oprocz lakierow z inglota...

    hm.. musze to zmienic, juz dzis czailam sie na róż w musie/kremie

    a cóź to za promocja, że podklad kupilas tak tanio :)

    buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Była promocja -50% na wybrane podkłady. Oprócz podkładów w Inglocie widziałam też promocję na cienie paseczki-wkłady, można je kupić za 8zł;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam podobne odczucia co do różu w kremie Inglota-bardzo go lubię:) Ale wole tak jak Ty-róże w kamieniu, bo lepiej kontroluje ilość nakładanego koloru:) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę, że róż w kremie, może być miłą odskocznią od tego tradycyjnego, ale (przynajmniej dla mnie) raczej nie nadaje się na trwałego zamiennika.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla mnie też :) no i plusem jest to że można go nakładać na podkład-nie trzeba przypudrowywać twarzy:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz:)

TOP